Obserwatorzy

wtorek, 19 kwietnia 2016

Ogłaszam koniec przerwy techniczej ....

... tak sobie nazwę swą absencję. W gwoli ścisłości trwała 249 dni.




W telegraficznym skrócie teraz napiszę ( a przy kolejnej okazji rozwinę), że 7 września Balbinka odeszła za Tęczowy Most. Musiałam podjąć najtrudniejszą i chyba najdojrzalszą decyzję w swoim życiu. Decyzję o eutanazji swojej przyjaciółki. Wraz z odejściem słodkiego Okruszka ze mnie uszło życie...
Ale dnia 13 października przyśniła się moja Cycuszka (pewnie jej tam teraz Balbuś na głowę wchodzi) w towarzystwie małego, czarnego kota kopiącego mega grajdoły w kuwecie. Sen był, jak się okazało dnia następnego, proroczy. W lipcu kotka cioci urodziła małą, czarno-białą jedynaczkę, którą po telefonie od cioci bezgranicznie, w ślepo pokochałam! I tak 21 październik zamieszkała z nami Frania:
Frania
No, na dziś to tyle, bo zaczynam czeskie błędy robić....
 
 

 



poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Aktualizacja, znikające GB... czyli o tym jak zestresować kobietę.

Jakiś czas temu, chyba na początku czerwca w dolnym, lewym rogu mojego komputera pojawiła się ikonka windows z informacją, że mogę uzyskać najnowszą wersję systemu.  Ucieszyłam się, a co
  W końcu wiadomo, że oprogramowanie tanie nie jest. Więc uchachana, z wypiekami na twarzy wcisnęłam ENTER i zarezerwowałam cudo, czyli windows 10 . I pamiętałam, że napisano:


"Do pobrania są 3 GB; mogą być naliczane opłaty za transfer przez Internet. W przypadku taryfowego połączenia z Internetem usługodawca pobiera opłaty za dane pobrane na komputer i wysłane z niego. Plik Windows 10 jest duży: około 3 GB. Zanim rozpoczniesz pobieranie przez taryfowe połączenie z Internetem, upewnij się: (1) Ile danych możesz jeszcze pobrać i zastanów się, czy pobranie systemu Windows 10 nie spowoduje naliczenia dodatkowych opłat. (2) Że masz wystarczająco dużo czasu na pobranie tych danych. W przypadku szerokopasmowego połączenia z Internetem pobieranie powinno trwać około godziny, najwyżej dwie. Jednak czas pobierania może się różnić w zależności od szybkości łącza i innych czynników."

I fajnie ... Pamięć mam dobrą, a że krótką to to już inna bajka. I tu się zaczęło wielkie stresowanie

Zasiadam sobie w środę 29 lipca z kubkiem herbaty (muszę ograniczyć, bo nadużywam) do komputera. Odpalam, czekam chwilę aż się wszystko włączy, łącze się z internetem i zaczynam "wędrówkę".
Jak zawsze najpierw strona http://www.humanitarni.pl/ - załatwione to idę do https://www.karmimypsiaki.pl/. Nagle bach! i nastała ciemność na ekranie, a właściwie to granatowa głębia z masą dziwnych, jak dla mnie znaków i do widzenia, system się zamknął.

Ciśnienie do góry, żołądek robi fikołki, serce chce wyjść.... Bo co ja teraz zrobię?  i drugie pytanie co ja zrobiłam?!  No nic, tylko spokój nas może uratować.
Za moment wyskakuje informacja, że coś tam się zamknęło nieprawidłowo i jakieś tam bla, bla, ble, ble co mi nic nie mówi, po czym system się uruchomił.
Spuściłam powietrze i z powrotem łączę się z netem. Luzik - guzik
Do momentu kiedy mój licznik internetowy nie dostał turbodoładowania i z szaleńczym "apetytem" w przeciągu godziny mojej znikomej aktywności nie pożarł 3 GB! A gdzie tam nowy limit, gdzie tam 17 sierpnia? I zasadnicze pytanie: na co to ze żarł?
I tutaj uaktywnia się moja dobra, ale krótka pamięć. Na pobranie "cuda" ze żarł. Odkryłam to oczywiście z opóźnieniem (a jak by inaczej?) w sobotę. Kamień z serca spadł, że zagdaka rozwiązana. Teraz jestem na etapie miliona, jeśli nie więcej, wątpliwości co to będzie jak przejdę na nowy system?
Morał taki, że powinnam przejść na kajecik, pióro albo jeszcze lepiej piórko, bo wtedy miałabym swoją NIRWANĘ!!! i życie bez problemu - przynajmniej tego typu  ;)




poniedziałek, 6 lipca 2015

No to pojechałam...


Tak dawno nie zaglądałam, że pajęczyna zalęgła się w zakątku pamięci, gdzie hasło było. Na szczęście stary, poczciwy kalendarz jest pod ręką ☺
Obiecałam pisać częściej i nic mi z tego nie wyszło. Muszę dopisać sobie do listy zadań pisanie postów (z dopiskiem na czerwono REGULARNIE!!!). Chyba będę sobie robić w niedziele podsumowanie tygodnia.
 
 
W telegraficzny skrócie powiem, że Balbinka 2 maja oficjalnie skończyła 14 lat, a 24 czerwca była druga rocznica z cukrzycą - z tej okazji poszła do weterynarza... Wiem, wyrodna matka jestem ;)

Kolejny raz przegrałam bitwę i idę na wojnę ...



Czasami chciałabym być Balbinką ♥
 
 


piątek, 3 kwietnia 2015

Obiecanki - cacanki ... i śniegowe pisanki ;)

Codziennie sobie obiecuję, że wejdę i coś napiszę... I na obietnicach się kończy
Zawsze, a w okresie przedświątecznym już szczególnie, coś wypada i zabiera czas. Albo ja nie czuję się na siłach żeby coś pisać. Zdążyłam "złapać" anginę (zamiast zająca) i ją "wypuścić". Po raz pierwszy uprzedziłam chorobę i zapisałam się wcześniej do lekarza.
Pogoda za oknem nie nastraja do wykonywania jakichkolwiek czynności z działu: fizyczne - przynajmniej w moich przypadku. Ostatnio za oknem szalała zima, jesień i wiosna. Świąt nie czuć wcale...chyba, że Bożonarodzeniowe.  Zaczęłam się poważnie zastanawiać nad ozdobieniem choinki pisankami ;)
Dobra, koniec marudzenia czas na życzenia dla wszystkich, którzy tu zaglądają i czytają moje bajdurzenia ^^


Kochani!!! 
 
Z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych
składam Wam najserdeczniejsze życzenia:
 dużo zdrowia, radości, smacznego jajka,
 mokrego dyngusa, mnóstwo wiosennego
 słońca oraz samych sukcesów.
Żeby Wielkanoc w tym roku,
 przyszła z sukcesem u boku.
 Aby żyło się Wam zdrowo,
 prywatnie i zawodowo.
 Wielu, wielu chwil radosnych
 i cudownej, ciepłej wiosny (oby jak najprędzej!)
 
Photo by Anne Geddes
 
Zdjęcie ze strony  http://ri.pinger.pl/pgr119/75e331c7000800a3515815a4/Wielkanoc_2013.jpg
 
 

poniedziałek, 16 marca 2015

Wisona, wiosna... a mi blog chwasty zarosły.

Nie miałam ostatnio chęci, czasu i pomysłu żeby COKOLWIEK napisać. Przez pewien moment, krótki !, odechciało mi się nawet kręcić serial - tasiemiec - pt. "moja egzystencja" ...
Tak, takie rzeczy potrafią wpaść do głowy nawet temu niepoprawnemu optymiście. Powiedziałabym, że skrajnemu, hardocorowemu optymiście... Skąd się on u mnie bierze?! Cholera wie. W każdym razie moje źródło pozytywności przyschło ostatnio, wypaliła mi się jakaś żaróweczka, padł akumulatorek, przepalił kabelek - zwał jak zwał - poczułam się ZMĘCZONA.
To co robiłam z chęcią - obrzydło mi strasznie. Przygniotło, przestało sprawiać przyjemność, a zaczęło przyprawiać o ból głowy.
W tej chwili odpoczywam od tego.
Do tego wszystkiego dochodzi moja kondycja fizyczna, a raczej jej brak. Każdy dzień zaczynam z bólem i z bólem go kończę...
Poranny wynika z "przespanej" nocy, wieczorny z "aktywnego" dnia.
Codziennie jestem twarda, bo chyba muszę? Nawet jak mi się zbiera na płacz to nic z tego nie wychodzi. Wszystko zostaje w środku, głęboko... Rośnie sobie, a pytanie brzmi: KIEDY WYROŚNIE? Na szczęście moja psychika ma większe "mięśnie" i rzadko ma "zakwasy". Czego nie można powiedzieć o mojej sile fizycznej. Podobno jak cierpi dusza to cierpi ciało. Często dolegliwości natury fizycznej wynikają z problemów z natury psychicznej. U mnie to działa  na odwrót. A najgorsza jest walka z wiatrakami: ja spinam pośladki, staram się, a efekty marne albo ich nie ma...
Jako, że wiosna puka już do drzwi postanowiłam zadbać o swoją domową dżungle mimo wszystko i wszystkiemu. W myśl chińskiego przysłowia, które mówi "chcesz być szczęśliwy jeden dzień - upij się, chcesz być szczęśliwy tydzień - ożeń się, chcesz być szczęśliwy całe życie - zostań ogrodnikiem."
Dziś dosadziłam też iglaki na grób - sztuk 3. Jakis cham nieskrobany krótko przed Bożym Narodzeniem wykopał nam ze strony Taty małą tujkę

Wcześniej dziki przeprowadziły desnat ryjkowo - raciczkowy, ale szkody były minimalne (iglaki przeżyły). Kolejny raz się okazało, że największą świnią jest CZŁOWIEK!!! Ogólnie to pechowy grób nam się zrobił. Nawet przywiędłę żonkile potrafią zwędzić...
Tak więc mam z powrotem: 2 tujki i 4 jałowce :D oraz gorącą prośbę to Stwórcy żeby mi ich nikt NIETYKAŁ, BO ZATŁUKĘ!!! A w najlepszym razie zejdę przedwcześnie z ziemskiego padołu i Stwórca będzie się z mną męczył.
I na koniec anegdotka, bo przecież źródło pozytwności się napełni, żaróweczkę się nową wkręci, akumulatorek naładuje, a kabelek wymieni i bak z optymizmem będzie pełny!
Tydzień temu wraz z mamą poszłyśmy zrobić rekonesnas cmentarny ;)  I tak idziemy, idziemy. Mijamy wystawę zakłądu pogrzebowego. Przystanęłyśmy koło "wystawy" z uranami. I tak sobie podziwiamy, ochamy i achamy. W końcu pytam mamę "Co my właściwie robimy?", a ta odpowiada, że "Jka to co? Plany na przyszłość!"
I tym pozytywnym akcentem kończę

O czym myśli Balbinka?



wtorek, 17 lutego 2015

Światowy Dzień Kota

Ten szczególny dzień ma podkreślić jakie znaczenie ma kot w życiu człowieka, ma zwrócić uwagę na niesienie pomocy wolnym duchom, które z różnych powodów są bezdomne oraz tym, które miały kiedyś dom, ale go straciły, a także ma nas uwrażliwić koci los - często bardzo trudny.
Z tej okazji wstawię swój ulubiony tekst o kotach pochodzący z książki pt. "Z pamiętnika kota" autorstwa węgierskiego pisarza Gyorgy Balint :

"Nieprawda, że nie lubię domowników. Ja także potrafię kochać jak każde inne żywe stworzenie, ale nie bezkrytycznie. Kocham tylko tego, kto na to zasługuje. Uczuć swoich nie wyrażam w sposób głośny i teatralny. Kto nie rozumie cichego mruczenia, ten nie jest godny, by inteligentne, rozumne i obdarzone dobrym smakiem zwierzęta przywiązywały się do niego. Kto nie potrafi w milczeniu siedzieć długo w jednym miejscu, ten nie jest wart mojego towarzystwa. Kto zawsze potrzebuje brawurowych pokazów, kto nie zadowala się prostym pięknem naturalnych ruchów, ten nigdy nie może zdobyć sympatii kota. Kto żąda ciągle czegoś nowego, kto ugania się za zmiennością, za emocją, kto nie lubi spokoju, równowagi, stałości, komu wydaje się, że prawo egzystencji trzeba zawsze udokumentować czynami, kto nie widzi piękna w zadumie, ten nigdy nie będzie miał wiernego kota. Kto goni za pozornymi radościami życia do tego kot odwróci się plecami. Człowiek, którego kochają koty, nie może być człowiekiem bezwartościowym."

niedziela, 1 lutego 2015

"Odyseja kota imieneim Homer" Gwen Cooper

"Odyseja..." to książka, która wypożyczyła sobie mnie. Po prostu wyskoczyła na mnie z regału w bibliotece, a ponieważ lubię książki o wrażeniach drugiego człowieka mającego kudłatego przyjaciela, więc na "wypożyczenie" się zgodziłam.



Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam tego kociaka, był maciupeńkim kłębkiem puchu w wyciągniętych dłoniach młodej kobiety. Nie różnił się niczym od innych kociąt, to jest, dopóki nie podniósł łebka i nie zamiauczał – doprawdy imponująco, jak na kilkucentymetrowe (od czubka głowy do końca ogonka) stworzonko.
Chociaż taki malutki, obracał się w kierunku mojego głosu. Właśnie wtedy zobaczyłam jego oczy. Dwutygodniowy podrzutek wyraźnie cierpiał z powodu poważnej infekcji, która z pewnością odebrałaby mu wzrok, jeśli nie życie.” *...
Tak zaczyna się książka opisująca nam 12 lat życia autorki z trzema fantastycznymi kotami: Scarlett, Waszti i Homerem, który w wyniku infekcji stracił wzrok (konieczne było usunięcie gałek ocznych).
Jak to w życiu bywa Homer poprzez swoją niepełnosprawność przez większość już na początku swojego życia został spisany na straty. Jednak znalazła się osoba o wielkim sercu, które Homer podbił swoją wolą życia i walki. W krótce okazało się, ze Homer potrafi skraść serce każdego kogo spotka na swej drodze.
Adopcja tego małego, czarnego twardziela przez Gwen, która znajdowała się na życiowym zakręcie (brak pracy i własnego mieszkania), wiązała się z mnóstwem dylematów i obaw. Ale kto by ich nie miał biorąc pod swe opiekuńcze skrzydła (po lekturze można spokojnie zapytać: kto się kim opiekował ^^) kota? Tyma bardziej niewidomego?
Ku zaskoczeniu Gwen okazało się, że Homer tu duży chłopak, który niczego się nie boi i jest bardzo samodzielny, a to co w jej oczach mogło stanowić dla Homera przeszkodę, dla niego było ciekawym przeżyciem, kolejnym krokiem w kocim życiu ...
"Raz na dziewięć kocich żywotów zdarza się coś niezwykłego... Prawdziwa historia ślepego kota o imieniu Homer i kobiety, którą nauczył miłości."**  to opowieść napisana sercem, która wzruszy każdego kto ma/miał szczęście spotkać w swoim życiu kota. Napisana lekko, żywiołowo, bez zbędnych ozdobników pokaże nam ile w życie dorosłej kobiety może wnieść zwykły - niezwykły kot.
Homer stał się dla Gwen  "motorem napędowym" do działania. Jego pojawienie się zmotywowało ją do podniesienia sobie poprzeczki na gruncie zawodowym, silny charakter małego przyjaciela nauczył ją, że wszystko jest możliwe. Obudził w niej dodatkowe pokłady odpowiedzialności, śmiałości, odwagi, miłości, cierpliwości oraz samodzielności. A czytelnikowi udowodnił, że "nawet najmarniejszy kot jest arcydziełem" ***
 
Homer , zdjęcie pochodzi ze strony http://www.mnn.com/family/pets/stories/homer-the-blind-cat-who-inspired-a-bestseller-has-died
Homer odszedł za Tęczowy Most 21 sierpnia 2013 roku w wieku 16 lat [*]
 
*,** - Gwen Cooper "Odyseja kota imieniem Homer", wyd. Prószyński i s-ka
*** - Leonardo Da Vinci
 
 

niedziela, 11 stycznia 2015

Napisać, ale co?!

No właśnie ... W głowie myśli jak pszczół w ulu tylko jak je przelać na "papier"? Dopadło mnie coś w rodzaju tumiwisizmu, lekkiego, ale zawsze ;). Jak zaczęłam chorować w październiku zeszłego roku (OMG!) tak do tej pory coś mi "nie gra" i "potrzebuję wczoraj [...] takie dziwne coś" cytując T.Love  - problem w tym, że sama nie wiem co to jest to COŚ

Przydałoby mi się trafić 6 w lotto, zapakować walizkę i Balbinkę :D po czym ruszczyć na bezludną wyspę, wyłączyć mózg i leżeć pod palmą z drinkiem z palemką.... Nic konstruktywnego nie napiszę, bo mój mózg nie jest zdolny do tworzenia "mądrych, ładnych i składnych" zdań.
Może jakieś pogodowe przesilenie mnie trapi? Nie piszę, że zimowe na przykład, bo pogoda coś mało sprecyzowana. Raz trochę zimy, potem jesień, za moment wiosną powiewa... A mi brakuje takiej prawdziwej zimy ze śniegiem (chociaż poruszam się wtedy jak wiekowa dama ;P), z lekkim mrozem, słońcem, bo wtedy się pokazuje, z bałwanem i bęckami co się zdarzyć mogą (pal licho, że duma ucierpi)... I się rozmarzyłam!


 Ja cierpię na lekki tumiwisizm, a mój słodki, niebezpieczny stan rozpieszczenia (czyt. Balbinka) zachowuję się jak mały kot, taki pół roczny góra :D
Patrząc na nią człowiek bezwiednie szczerzy zęby i podejrzewam, że wygląda przy tym jak głupek
Nie będę ukrywać, że jestem "szurnięta" na punkcie kota - swojego, cudzego...KAŻDEGO !
Pocieszam się, że nie jestem sama w rzeczonym szaleństwie ;)
Dobra, wyplułam coś nie coś o "pietruszce" żeby inaczej nie powiedzieć z zakamarków swego mózgu, a teraz zmykam do lektury książki pt. "MAG".
Jak się trochę ogarnę, zepnę pośladki to przedstawię swoje wrażenia po przeczytaniu książki Gwen Cooper "Odyseja kota imieniem Homer" ☺
Na koniec wstawiam zdjęcie Balbinki, która naprawdę wzięła sobie do serca, że jest "słodzikiem" (dla przypomnienia: ma cukrzycę).
A miała być szarlotka ...




środa, 24 grudnia 2014

Wesołych Świąt

Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata i wyciągasz do niego ręce, jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać, jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy rezygnujesz z zasad, które jak żelazna obręcz uciskają ludzi w ich samotności, jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei "więźniom", tym, którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego, moralnego i duchowego ubóstwa, jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy rozpoznajesz w pokorze, jak bardzo znikome są twoje możliwości i jak wielka jest twoja słabość, jest Boże Narodzenie.
Zawsze, ilekroć pozwolisz by Bóg pokochał innych przez ciebie, Zawsze wtedy, jest Boże Narodzenie.

Matka Teresa z Kalkuty
 
 

czwartek, 18 grudnia 2014

18 grudzień 2008 - dzień, w którym pękło niebo.

Odszedłeś 6 lat temu, a ja ciągle mam wrażenie jakby to było wczoraj... Jakby w ogóle się nie wydarzyło...
Nie zdążyłam powiedzieć Ci tylu ważnych rzeczy, nie zdążyłam nauczyć się wszystkiego czego chciałam się od Ciebie nauczyć, tylu wspólnych planów nie możemy dokończyć, tylu marzeń spełnić ...
Zabrakło Nam czasu. Zabrakło go nawet na pożegnanie... takie prawdziwe, ostatnie.
Pamiętam mój telefon do Ciebie z prośbą o truskawkową galaretkę, obietnicę wspólnej pizzy, gdy już wyjdę ze szpitala i uścisk Twej dłoni, ciepły i silny .... a potem pękło niebo.
Tato, kocham Cię [*]....


Dżem "Autsajder" - ulubiona piosenka mojego Taty.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

15 grudzień 2013 rok, godzina 19:52 ... [*]


To wtedy Twoje małe serduszko ucichło na zawsze …


 
Do zobaczenia po drugiej stronie moja mała-wielka Iskierko  ♥♥♥

 
 
 
 
"Deep in the meadow, under the willow
A bed of grass, a soft green pillow
Lay down your head, and close your sleepy eyes
And when again they open, the sun will rise
 Here it’s safe, and here it’s warm
Here the daisies guard you from every harm
Here your dreams are sweet–
–and tomorrow brings them true
Here is the place where I love you.
Deep in the meadow, hidden far away
A cloak of leaves, a moonbeam ray
Forget your woes and let your troubles lay
And when again it’s morning, they’ll wash away
 Here it’s safe, and here it’s warm
Here the daisies guard you from every harm
Here your dreams are sweet–
– and tomorrow brings them true
 Here is the place where I love you ..."
Rue's Lullaby
 
 
 

 
 
 

piątek, 12 grudnia 2014

Balbinka

Tak sobie pomyślałam, że się bambuszek obrazi, że jej jeszcze nie przedstawiłam, więc ...
Balbinka trafiła do nas "na chwilę" w maju 2001 roku i tak ta chwila już trwa 13,5 roku! Cycuszek z miejsca uznała, że zostanie mamą dla małej, szarej i głodnej jak wilk kuleczki, a cała człowiecza rodzina zakochała się w tym urwisie z miejsca!
Urwis od 24 czerwca 2013 roku choruje na cukrzycę. Biedna mała musiała zmienić dietę i zrezygnować ze swoich ulubionych suchych chrupek. Ale dzielnie przyjęła zmiany oraz codzienne badania poziomu cukru i zastrzyki. W tej chwili ujarzmiłyśmy bestię tj. cukrzycę. Chociaż jest już seniorką to dalej ma w sobie "dziecięcą" ciekawość i szaleństwo. Jest straszną przylepą, która nie lubi zostawać sama (odkąd nie ma już nami Cycuszka to nawet bardziej) i ma drobnego bzika na punkcie sznurków i sznurówek .... Oto i ona :D ♥♥♥


 
 
 

 
 


Nic nie trzeba mówić, kociarz zrozumie ;D

Zanim dojrzeje do kolejnego postu (rodzi się powoli w mojej głowie) przedstawiam mój ulubiony teledysk.
 
Fatboy Slim "The Joker" - piosenka z albumu " Palookaville" (2004 r.), odnowiony kawałek zespołu  Steve Miller Band.


sobota, 6 grudnia 2014

I że Cię nie opuszczę aż do śmierci.

Dziś będzie coś o moim „burzliwym związku” z cukrzycą typu 1 ponieważ wielkimi krokami zbliża się 19 rocznica naszego wspólnego życia. Na początek kilka informacji, które pochodzą ze strony: http://cukrzyca.mp.pl/cukrzyca/typ1/show.html?id=65948 i pokrótce przedstawią moją „partnerkę życiową” ;).

Cukrzyca typu 1 stanowi ok. 10% wszystkich typów cukrzycy. Początek zachorowania zwykle przypada między 10., a 14. rokiem życia. Dotyczy głównie dzieci i osób młodych. Cukrzyca typu 1 jest spowodowana prawie całkowitym zniszczeniem przez przeciwciała komórek ß trzustki produkujących insulinę. Są to tzw. autoprzeciwciała, produkowane przez organizm, powodujące niszczenie własnych komórek. W efekcie dochodzi do bezwzględnego braku insuliny.  Przyczyna powstawania tych przeciwciał nie została jeszcze wyjaśniona. Są one produkowane przez system odpornościowy organizmu. Jest to zjawisko autoagresji, czyli niszczenia własnych komórek przez własny organizm. Wiadomo, że niektóre osoby mają predyspozycję genetyczną do autoagresji związaną z tzw. systemem HLA.[…] 
Cukrzyca typu 1 nie jest chorobą dziedziczną. Jednak chorzy na cukrzycę typu 1 mają predyspozycję genetyczną do chorób z autoagresji, i właśnie tę skłonność do autoagresji można dziedziczyć. Chory na cukrzycę typu 1 może zachorować na inne choroby z tej grupy, również osoby z innymi chorobami o tym pochodzeniu mogą zachorować na cukrzycę typu 1. Zagadką nadal pozostaje, dlaczego u niektórych osób z predyspozycją genetyczną dochodzi do rozwoju cukrzycy czy też innych chorób wynikających z autoagresji. Uważa się, że pewną rolę może odgrywać infekcja wirusowa, która u osoby predysponowanej inicjuje zmiany na poziomie komórkowym prowadzące do powstania choroby.

Że jestem podwójnie słodkim dzieckiem rodzice dowiedzieli się oficjalnie 21.12.1995 r. A „przyjaciółka” szalała już przynajmniej 3 miesiące.  Przeszłam szybki kurs dojrzewania, może dlatego mam „starszą duszę”.  W każdym razie (wbrew temu co czasami słyszę) cukrzyca zmienia życie i nie można jej lekceważyć, zrobić sobie od niej dnia wolnego, zapomnieć … Chociaż powiem szczerze, że dopóki żyłyśmy tylko we dwie nie traktowałam jej jako wielkie obciążenie. Wszystko zaczyna się zmieniać kiedy dołącza do niej „rodzina”.  Ale o tym innym razem . Nie jestem ostatnio w formie literackiej, raczej w literatce było by mi lepiej.
 

Na koniec mój ulubiony kawał, bo po mimo przeciwności losu moje motto (jedno z wielu) brzmi:

„Poczucie humoru dobrze amortyzuje życiowe wstrząsy!” P. Bosmans

Ludożercy segregują złapanych białych:
- Zdrowy?
- Zdrowy.
- Na mięso. Następny. Zdrowy?
- Zdrowy.
- Na mięso. Następny. Zdrowy?
- Chory.
- A na co?
- Na cukrzycę.
- Na kompot.

 

wtorek, 2 grudnia 2014

Bez powodu, bez tytułu ...

...bo grudzień to mój "czarny" miesiąc.

Tracy Chapman "The Promise" - piosenka z 1995 roku, z czwartego albumu amerykańskiej wokalistki pt. "New Beginning".


 
"[..]Odnajdę mą drogę, wiodącą z powrotem do ciebie
Jeśli tylko poczekasz.
Jeśli marzysz o mnie, jak ja o tobie.
W miejscu ciepłym i tajemnym.
W miejscu, w którym mogę poczuć bicie twego serca.[...]"

środa, 26 listopada 2014

Ci, których kochamy, nie umierają nigdy, bo miłość to nieśmiertelność...

Wpadłam dziś w melancholijny nastrój. Przyczynił się do tego pewien artykuł, który wpadł dziś na mnie w sieci oraz jak zawsze kawałek "Wait" duetu M83, który gorąco polecam. Artykuł jest o tym, że zwierzęta czują śmierć (http://www.vege.com.pl/zwierzeta/zwirzeta-czuja-smierc.html) Padło w nim następujące pytanie: "Czy w związku z tym, że przeczuwają śmierć, potrafią przygotować na nią swoich właścicieli?
Nie potrafią. Owszem, informują po swojemu, że się źle czują, że nie są już tak zdrowe jak dawniej, tak młode, ale nie są w stanie przeprowadzić akcji przygotowującej nas na swoją śmierć ani poprosić o eutanazję. Bardzo często problemem jest to, że właściciele na siłę utrzymują swojego zwierzaka przy życiu. Trudno nam znaleźć odpowiedni moment, kiedy należy odpuścić , wiedząc, że zrobiliśmy wszystko, co było do zrobienia, że lepiej już nie będzie i jedyne, co nam pozostaje, to skrócenie cierpienia. Są to jednak bardzo trudne decyzje."

Tak sobie siedziałam i utopiłam się we własnych myślach na ten temat. Nie umiem się zgodzić z pierwszą częścią odpowiedzi, że nie potrafią nas przygotować na swoje odejście. Bardzo często sygnałem dla nas może być fakt, że nasz milusiński, do tej pory stroniący od pieszczot zaczyna się tulić i spędzać z nami każdą chwilę, a pieszczoch zaczyna nas unikać. Ze stwierdzeniem, że informują nas o swoim stanie się zgadzam (chociaż w przypadku kotów nie w 100%, bo to mali twardziele i często pomimo cierpienia nie dają tego po sobie poznać). Po tylu wspólnie spędzonych latach jesteśmy w stanie zauważyć prawie każdą zmianę zachowania czy emocje. Ta część wypowiedzi "właściciele na siłę utrzymują swojego zwierzaka przy życiu" jest bardzo trafna i prawdziwa. Każdy z nas próbuje wszystkiego żeby pomóc przyjacielowi. Niestety często pod wpływem silnych emocji działamy egoistycznie, przestajemy myśleć racjonalnie, emocje biorą górę. Nie bierzemy wtedy pod uwagę co czuje nasz przyjaciel, a on nie może nam otwarcie powiedzieć "Słuchaj, wiem, że mnie kochasz, chcesz mi pomóc i walczysz, ale ja już jestem zmęczony, nie mam siły. Pozwól mi odejść.". Nigdy nie potępiam kogoś (i proszę o to każdego!), gdy podejmuje decyzję o eutanazji. Ta trudna, ale dojrzała, będąca świadectwem jak bardzo kochamy drugą istotę, decyzja to dowód wielkiej miłości, a nie dowód poddania się...
Ja nie musiałam podejmować tej decyzji, bo moja Przyjaciółka odeszła sama. Cichutko, spokojnie, u mojego boku. Na tydzień przed zgaśnięciem jej Płomyczka żegnała się ze mną na swój sposób. Z jej oczu do końca emanowała radość, spojrzenie było pełne miłości i zaufania... Powiedziałam do wtulonej we mnie, głośno mruczącej kuleczki "Jeśli musisz odejść to ja to zrozumiem". Na drugi dzień jej ziemska wędrówka dobiegła końca . Do samego końca byłyśmy razem....

Cytat w temacie jest autorstwa  Emily Dickinson

Photo by anonymous

wtorek, 25 listopada 2014

Dla Maciusia ♥!

Niebiańscy uzdrowiciele, kochamy Maćka z całego serca. Prosimy połączcie się z naszą miłością i ześlijcie ją na Maćka. Najdroższa Aine, prosimy, otocz go swą jasną, srebrzystą energią pokoju i szczęścia. Najdroższy Rafaelu, prosimy otocz go swą szmaragdową energią zdrowia i dobrej kondycji. Najdroższa Dano, prosimy ześlij na organizm Maćka harmonię i naturalną witalność. Najdroższy święty Franciszku, prosimy porozmawiaj z nim i przekaż nam w  jaki sposób możemy przywrócić mu dobre samopoczucie.

Dziękujemy Ci, Aine.. Rafaelu… Dano… święty Franciszku… za Waszą uzdrowicielską pomoc. Dziękujemy za dobre zdrowie naszego małego przyjaciela. Dziękujemy za dobre samopoczucie. Dziękujemy za dodanie nam otuchy. Oddajemy teraz całą sytuację w ręce Wasze i Boga z wielką wiarą i ufnością.

Światełko nadziei dla Maciusia


poniedziałek, 24 listopada 2014

Chcę psa !!!

Zawsze chciałam, aż pewnego dnia oznajmiłam zdumionym rodzicom „Idę po kota….” I poszłam;).
Zbliżała się połowa lipca, pogoda pod psem. 1998 rok, późne popołudnie, mżawka. A w moich ramionach, przytulona do serca mała kuleczka…  Jak się potem okazało ona była tylko moja , a ja tylko jej, do samego końca...
Rozgadany urwis, o dużych zielonych oczach, pięknym białym krawacie, krocząca zawsze z ogonem w górze, lekko przekrzywionym raz  w lewo, raz w prawo, w białych skarpetkach, na miękkich poduszkach…
Taka sobie  kotka dachowa, różnokolorowa , ona dla mnie, a ja dla niej wyjątkowa .  Oficjalnie nazwana Psotką. Po pewnym czasie została naszym kochanym Cycuszkiem ♥♥♥
CYCUSZEK
Nigdy nie żałowałam swojej spontanicznej decyzji o tym żeby u mojego boku dumnie kroczył kot, a nie rzeczony w tytule pies ;) Nauczyła mnie odpowiedzialności, cierpliwości i bezwarunkowej miłości do drugiej istoty. Dostarczyła mi wiele radosnych chwil (o nich będzie jeszcze mowa), masę pięknych wspomnień i przeżyć z mruczącym bambuszkiem w tle :)
Nigdy nie myślałam, że tak bardzo pokocham "zwyczajną" kotkę , a ona pokocha tak bardzo mnie.
 
Wielkimi krokami zbliża się pierwsza rocznica odejścia za Tęczowy Most mojej ukochanej przyjaciółki.
Jak "[...]każda gwiazda lśni najjaśniej niedługo przed zgaśnięciem" tak lśniła i ona...



sobota, 15 listopada 2014

Muffinki bananowe z czekoladą

Małe co nie co na jesienną chandrę, czyli bananowe muffinki z dodatkiem czekolady :)
Banan ... słodki, sycący, a do tego zdrowy i niezastąpiony przy wielu dolegliwościach. Podobnie jak czekolada, której magicznego działania nie trzeba chyba nikomu przedstawiać ;) poprawia nam humor, pamięć i koncentrację, działa kojąco na układ trawienny.
Czekolada ... "jest odpowiedzią, nie ważne jak brzmiało pytanie” ^^ ...
Połączenie obu tych składników to zawsze strzał w 10 !!!
Muffinki są smaczne, aromatyczne i zawsze wychodzą.

ENJOY !



Bananowo - czekoladowe szaleństwo, czyli muffinki.


Składniki:

  •  1,5 szklanki mąki
  • pół łyżeczki sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • pół tabliczki deserowej/gorzkiej czekolady
  • 2 jajka
  • pół szklanki oleju
  • pół szklanki jogurtu naturalnego
  • pół szklanki cukru (można dać mniej)
  • cukier waniliowy
  • 3 rozgniecione, dojrzałe banany
Czekoladę połamać na małe kawałki - ja kroję nożem ;). W misce mieszamy mąkę, sodę i proszek do pieczenia, na koniec dodajemy czekoladę. Do drugiej miski dajemy jajka, olej, jogurt, cukier i cukier waniliowy. Mieszamy.
Mokre składniki wlewamy do suchych i delikatnie mieszamy. Na koniec łączymy z rozgniecionymi widelcem bananami. Mieszankę nakładamy do wysokości 2/3 foremek. Pieczemy 20 -25 minut w temperaturze 175 stopni. Z podanej ilości wychodzi średnio 12 sztuk - zależy od wielkości foremek.
 


czwartek, 13 listopada 2014

No to zaczynamy ....


I będę teraz jak Barbara Patrycka z „Wojny żeńsko – męskiej” … Nie wiem, co mam napisać, nie wiem, co mam napisać, nie wiem, co ….
A tak poważnie to witam serdecznie na moim blogu, który powstał dzięki motywacji pewnej cudownej, twórczej osóbki – Amisza  dziękuje Ci bardzo!!!
Wiesz, że jesteś matką chrzestną?






Słodko – Gorzki  Życia Smak będzie poświęcony (pewnie w większej części) cukrzycy. A mam o czym pisać, bo w moim domu przebiega „cukrzycowa żyła wodna” ! Choruję ja – staż 19 lat, cukrzyca typu 1 z licznymi atrakcjami, mama – staż 2 lata, cukrzyca typu 2, oraz od roku nasza kotka Balbinka.


Pierwsze koty za płoty … post umieszczony!

PS. Zapomniałam dodać, że blog w ogromnej części ^^ będzie poświęcony moim wspaniałym zwierzakom ....